DPKNWJT26F3H

Podstrony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 00s. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 00s. Pokaż wszystkie posty

Wives - Erect the Youth Problem (2004)


Dwa miesiące przed pół roku temu, po koncercie No Age w Powiększeniu pogratulowałem chłopakom świetnego występu z już trochę gorszym nagłośnieniem i szybko po komplementach nikomu winny gitarzysta Randy Randall znalazł się pod moim gradobiciem pytań, a pytałem go między innymi o jego odczucia odnośnie Nardwuara, który przeprowadzał z nimi wywiad, ale też o - no właśnie - ich poprzedni zespół. No Age to 2/3 Wivesów, tak więc byłem ciekawy co się dzieje z resztą bandy, jak się później okazało, Jeremy wyjechał do Nowego Jorku i chłopaki nie utrzymują ze sobą dalszego kontaktu, toteż nie wiadomo za bardzo co się u niego teraz dzieje - odpowiedź dosyć rozczarowująca. Dotrzymuje słowa z wrzuty Weirdo Rippers i powracam do tematu Wives, tym bardziej, że 6 grudnia z labelu Deana Spunta zostanie wydane Roy Tapes z wcześniej niepublikowanymi nagrywkami, na które nie mogę się doczekać bo jeden longplay w całym dorobku tego zespołu to zdecydowanie za mało. Wives sprawia dla mnie wrażenie typowego noisecore'owego zespołu, z tym że ciężko znaleźć mi coś podobnego, nigdy nie zagłębiałem się dalej w te klimaty ale są one dla mnie zdecydowanie jedną z autentyczniejszych rzeczy we współczesnej muzyce - duży środkowy palec dla całego świata, zero kurwienia się na "sztukę" i sfabrykowaną głębie, liczy się tylko napierdalanie koniec kropka iks de. Jakiś Mick Jagger czy inny Jimmy Page powiedział, że muzyka to w 50% nastawienie, w przypadku Wives jest to 100%.
     Tracklisisist
  1. 4 X 4 1:09
  2. Babies 1:34
  3. Mountainous 2:04
  4. We Came Out Like Tigers 1:38
  5. All Dads Alike 1:49
  6. Boy Club 4:53 
  7. I've Got This One Partner 2:14
  8. Wated Again, Again 1:36 
  9. Squeeze Your Eyes So Tight 1:06 
  10. Mother Russia 1:29 
  11. The Big Idea 2:47
  12. Lunch Money 1:22 
  13. We'd Never Assume That 1:59
  14. Brickface 1:59

Wingnut Dishwashers Union - Never Trust a Man Who Plays Guitar (2008)


Jeżeli słysząc takie frazy jak "gitara akustyczna" czy "singer-songwriter" robi ci się niedobrze, jest duża szansa, że Pat the Bunny stojący za Wingnut Dishwashers Union to odmieni, bo co prawda podpada on pod te etykiety, to jednak prezentuje zupełnie co innego niż mogłyby sugerować typowe skojarzenia.  Ten akustyczny anarchista, znany również jako Johnny Hobo, a tak naprawdę nazywający się Pat Schneeweis jest przedstawicielem dosyć oksymoronicznego gatunku zwanego folk punkiem. Na "Never Trust a Man..." mamy dużo rytmicznego, przytłumionego szarpania, otwartych akordów i świetnego, pełnego bólu wokalu, zero zachowawczej estetyki, po prostu czyste emocje. Płyta właściwie dzieli się na dwie części, pierwsza jest dosyć surowa w wykonaniu i nihilistyczna w przekazie, później atmosfera się stopniowo rozluźnia i dochodzą kolejne instrumenty, a ostatni "ain't nobody's business" to już pijacki hymn. Warto też zwrócić uwagę na kawałek "D.I.Y gangsta", który poniekąd jest coverem (może bardziej parafrazą) Wu-Tang Clanowego "C.R.E.A.M". Ta płyta to taka gainesville'owska odpowiedź na pitchforkcore'owe In the Aeroplane Over the Sea.

Tracklist:
  1. Never trust a man who plays guitar
  2. Free and alone 
  3. fuck shit up (whanana)
  4. Reason to breathe
  5. Do you wanna go to party town?
  6. Just because I don't say anything doesn't mean I've got nothing to say
  7. D.I.Y gangsta (T.R.E.A.M.)
  8. Picking sides
  9. Love song
  10. Jesus does the dishes
  11. No future (road song)
  12. For a girl in Rhinelander, WI
  13. Stop being so cool & get silly
  14. Ain't nobody's business

Deerhunter - Cryptograms (2007)


Cryptograms to chyba najbardziej deerhunterowa płyta jakiej Bradford Cox dorobił się w swojej karierze. Na drugim krążku stylistyka zespołu wykrystalizowała się już z chaotycznego, punkowo-noise-rockowego Turn it up, Faggot, a jednocześnie nie wpadła jeszcze w kleszcze tradycyjnych, singlowych struktur, których zaczątki można uświadczyć na Microcastle. Do Cryptograms nie przekonałem się od razu, żeby w pełni nacieszyć się finezją tego krążka musiałem najpierw zaznajomić się z właśnie bardziej przystępnym Microcastle, i polecam każdemu to zrobić, bo jakby nie patrzeć jest to już kanon współczesnego niezalu. Ja wrzucam Cryptograms bo uważam, że jest niesłusznie spychane w świetle trzeciego albumu, a swoją jakością bezdyskusyjnie jemu dorównuje. Jest bardziej eksperymentalnie, ale przede wszystkim przełomowo, bo takich ambientowych panoram pod najrozmaitszymi fakturami efektów nie zakreślił chyba jeszcze nikt do tej pory. Na zachęte dodam, że jest to jedyny album, który jestem w stanie przywołać z pamieci jako wywołujący wizualizacje przy zamkniętych oczach, true story!

  1.  Intro 2:50
  2. Cryptograms 4:17
  3. White Ink 4:59
  4. Lake Somerset 3:49
  5. Providence 4:08
  6. Octet 7:50
  7. Red Ink 3:40
  8. Spring Hall Convert 4:29
  9. Strange Lights 3:38
  10. Hazel St. 3:48
  11. Tape Hiss Orchid 1:12
  12. Heatherwood 3:37

Ceremony - Rohnert Park (2010)


Poza takimi klasykami jak Minor Threat, Black Flag czy Circle Jerks, nigdy w hardkor zbytnio się nie zagłębiałem. Tak naprawdę z wyjątkiem kilku bandów, nigdy nie potrafiłem w pełni czerpać przyjemności ze słuchania całego hardkorowego krążka, słuchanie wrzasków bywa męczące, a ja nie potrafię w sobie znaleźć tylu pokładów wkurwienia do wyładowywania przez ponad pół godziny. Może dlatego też na tej scenie upowszechnione są o wiele krótsze 7inche. To, co jeszcze mnie odpycha od owego gatunku, to nieodparte wrażenie, że wszystkie zespoły grają tę samą, schematyczną i prymitywną muzykę. Ale Ceremony przykuło moją uwagę już przy wydaniu debiutanckiego Violence Violence, takie oddanie fanów, coś musiało się za tym kryć. I rzeczywiście już na debiutanckiej płycie słychać, że zespół z Rohnert Park zręcznie zachowuje klimat legend z lat 80. dodając od siebie bardzo istotny a zarazem nieuchwytny element. Bo Ceremony nie eksperymentuje, ale też nie tkwi w schematach, jest po prostu żywym i autentycznym hardkorem. Na płycie Rohnert Park ten element już dominuje, ale nadal nie podejmę się określenia go słowami czy stwierdzeniem, że Ross Farrar i spółka eksperymentują z gatunkiem, bo tak najzwyczajniej nie jest - to nadal te same brzmienia, tylko że jakimś magicznym sposobem realizując utartą wydawałoby się definicję hc punku tworzą jednocześnie coś zupełnie oryginalnego.

  1. Into The Wayside Part I / Sick
  2. M.C.D.F.
  3. Moving Principle
  4. The Doldrums (Friendly City)
  5. Open Head
  6. Into The Wayside Part II
  7. Terminal Addiction
  8. Don't Touch Me
  9. Back In '84
  10. All The Time
  11. The Pathos
  12. Nigh To Life
  13. Into The Wayside Part III

Death from Above 1979 - Heads Up (2002)


Wczoraj, na Coachella festival miał miejsce pierwszy oficjalny występ (bo wcześniej był chyba jakiś mniej oficjalny, na SXSW, który skończył się zamieszkami) Death from Above 1979 po długiej przerwie. Sytuacja jest troche dziwna, bo zespół rozpadł się zanim zdobył swoją prawdziwą popularność, a teraz wraca w nigdy wcześniej nie przyjętej chwale. O DFA1979 więcej rozpisywałem się przy wrzucie długrającego albumu. Teraz na nowej fali hajpu warto dorzucić ich EPkę która, co by nie mówić, jest sążna.


Tracklist
  1. Dead Womb
  2. Too Much Love
  3. Do It! (Live)
  4. My Love Is Shared
  5. Losing Friends
  6. If We Don't Make It We'll Fake It

Best Coast - Sun Was High (So Was I) 7''


Bethany Cosentino, dziewczyna Nathana Williamsa, znana wcześniej z drone'owych eksperymentów w Pocahaunted ostatnimi czasy założyła zespół grający bardziej przystępną muzykę, mianowicie surf rock przyjemnie rozmazany słabą jakościa nagrania. Best Coast w sumie niczym się szczególnym nie wyróżnia, po prostu wygodnie się tego słucha. Zamiast wypromowanego, długogrającego Crazy for You, który brzmi tak sobie, wrzucę świetnego 7-incha, czyli taki mniejszy winyl, na którym mieści się tylko singiel i kilka innych kawałków. Nie widzę z resztą sensu słuchania takiej muzyki w większych ilościach, a ten 7-inch idealnie spełnia się w swojej roli. Błogość sobotniego poranka w blasku słońca na plaży w pigułce.



Tracklist
  1. Sun Was High (So Was I)
  2. So Gone
  3. That's The Way Boys Are

No Age - Weirdo Rippers (2007)


15 kwietnia No Age zagra w warszawskim Powiększeniu. Realistycznie obstawiam, że większość kawałków zagrają ze swojego najnowszego albumu Everything in Between, który niestety jest taki sobie. Krążek został skopany przede wszystkim na poziomie produkcji, a to połowa, jeśli nie większość uroku tego zespołu. Glitter z ciekawym skrzypem prowadzącym melodie, czy Fever Dreaming dają radę, reszta utworów nie trzyma już takiego poziomu. Lepiej wrócić do ich wcześniejszych nagrań - Nouns i dzisiaj opisywanego Weirdo Rippers, które są bezdyskusyjnie majstersztykiem. 
Sam nie wiem, który album jest lepszy. Zdarza się tak, że podzielam obiegową opinię, która przychyla się ku Nouns. Ale Weirdo Rippers też ma swoje mocne strony, a ostatnie odświeżenie bardzo mu zaplusowało w moich oczach. Pierwszy długogrający album jest w sumie tylko kompilacją wcześniej wydanych EPek. Ogromne pokłady szumu zataczają pięknę shoegaze'owe krajobrazy, wszystko się rozwija, narasta i przyśpiesza z świetnym wyczuciem, gdzieś w obłokach wyłania się noisecore'owe widmo poprzedniego zespołu Deana Spunta i Randy'ego Randalla; czyli Wives, o którym na pewno jeszcze wspomnę. Kawałek Boy Void wydaję się wręcz zamierzonym nawiązaniem do przeszłej twórczości.
Tracklist
  1. Every Artists Needs A Tragedy 3:38
  2. Boy Void 1:45
  3. I Wanna Sleep 2:59
  4. My Life's Alright Without You 1:59
  5. Everybody's Down 2:20
  6. Sun Spots 1:22
  7. Loosen This Job 3:40
  8. Neck Escaper 2:08
  9. Dead Plane 4:12
  10. Semi-Sorted 3:46
  11. Escarpment 4:01

Pocahaunted - Peyote Road (2008)


Pocahaunted proponuje muzykę, którą wielu może nie poczuć. Nie da się do niej potupać nogą, ciężko też ją zanucić. Drone jest jak morze w którym niektórzy mogą się utopić i nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. Z kolei dla innych to morze okazuje się zbyt słone i nigdy nie będzie im dane zanurzyć się w jego głębinowe wiry. Drone ma wiele postaci, ale problem wyporności pozostaje ten sam. Pocahaunted prezentuje jego szamańskie oblicze. Album usytuowany jest w mrokach pustyni, gdzie jedyne czego możemy się napić to meskalina z pobliskiego kaktusa.


Tracklist
  1. Divine Flesh (16:32)
  2. Heroic Doses (17:16)

Eagles of Death Metal - Peace Love Death Metal (2004)



Jak pewnie wiecie wokół Queens of the Stone Age kręci się naprawdę wielu muzyków, a wszyscy są swoimi koleżkami więc o jakiś projekt poboczny nie ciężko. Takim zespołem jest właśnie Eagles of Death Metal założony przez 2 starych znajomych - Josha Homme'a zasiadającego na perkusji i Jessego Hughesa odpowiedzialnego za gitare i wokal. Przez skład zespołu i podczas samej produkcji kawałków przewijała się masa znanych muzyków, Dave Grohl, Jack Black czy Liam Lynch to tylko czubek góry lodowej. Pierwsze kawałki EoDM pojawiły się już na wczesnych wydaniach Desert Sessions, jednak dopiero 6 lat od tamtego momentu zespół zdecydował się wydać swój pierwszy długogrający album Peace Love Death Metal. Brzmienie EoDM to w skrócie Canned Heat z garażowym przesterem i uszczuplonym zestawem perkusyjnym produkującym chwytliwy bit za którym podążają gitarowe slide'y. Na płycie jest cover kawałku Stuck in the Middle, który mogliście usłyszeć we Wściekłych Psach. W Polsce zespół koncertował chyba 2 razy, pierwszy raz jako support przed Queens of the Stone Age, następnym razem to już oni byli supportowani przez The Black Box Revelation w proximie.

Tracklist
  1. I Only Want You
  2. Speaking In Tongues
  3. So Easy
  4. Flames Go Higher
  5. Bad Dream Mama
  6. English Girl
  7. Stacks O' Money
  8. Midnight Creeper
  9. Stuck In The Metal
  10. Already Died
  11. Kiss The Devil
  12. Whorehoppin (Shit, Goddamn)
  13. San Berdoo Sunburn
  14. Wastin' My Time
  15. Miss Alissa

Japandroids - Post-Nothing (2009)

Początkowo Brian King i David Prowse szukali wokalisty, na szczęście podjęli słuszną decyzję i sami się tą rolą podzielili. Jedynie z perkusji, pomysłowo przetworzonej gitary i chórków, z których bije braterskość powstało coś zupełnie nowego.
Post-Nothing to z jednej strony melancholijne utyskiwanie dwójki przyjaciół za minionymi czasami młodości, z drugiej satysfakcja i radość, że w ogóle tych chwil mogli doświadczyć. W całym albumie czuć błogość i bryzę znad Pacyfiku, która trafia na plaże Vancouver (BC, Canada), gdzie garstka najlepszych znajomych spotyka się przy piwie zaczepiając dziewczyny i wspominając dawne czasy. Oprócz kojących, niskich szumów w brzmieniu Japandroids doszukać się można słodkich melodii i rytmu z idealnie wyczutymi pauzami. Łącząc te elementy jesteśmy na drodze do głębokiego rozmarzenia nie poprzestając jednak z machaniem głowy. Dynamika utworów jest świetnie przemyślana, praktycznie każdego kawałka słucha się z wielką przyjemnością, nic nie nuży, ani nie męczy.
Ten album to zdecydowanie tzw. grower - z każdym przesłuchaniem brzmi coraz lepiej. Na Post-Nothing miało się znaleźć więcej kawałków ale Japandroidsom zabrakło kasy - pewnie woleli ten czas spędzić na plaży. Szkoda, bo chyba jedyną rzeczą jaką mogę zarzucić temu albumowi to właśnie jego czas trwania.







Tracklist
  1. The Boys Are Leaving Town 3:59
  2. Young Hearts Spark Fire 5:03
  3. Wet Hair 3:09
  4. Rockers East Vancouver 4:29
  5. Hearts Sweats 4:22
  6. Crazy/Forever 6:01
  7. Sovereignty 3:31
  8. I Quit Girls 4:54

Salem - King Night (2010)

DOWNLOAD
(link usunięty)


O Salem wspominałem ostatnio w rocznym podsumowaniu. Początkowo był to solowy projekt Johna Hollanda, jednak po roku istnienia szeregi Salem zasiliło już jego dwóch znajomych. Ich pierwszą EPka z obiecującym tytułem Yes I Smoke Crack wydana w 2008 roku została wyprzedana w samej przedsprzedaży. Dwa lata później mieli okazję zremiksowania utworu z drugiego albumu HEALTH i pojawienia się na specjalnej kompilacji HEALTH::Disco2 zaraz obok Crystal Castles. Pare miesięcy po tym momencie Salem wydaje swój pierwszy album długogrający King Night wywołując burzę wśród dziennikarzy muzycznych obfitującą w określenia na nowy gatunek zwany witch house czy rape gaze. Sam z taką muzyką spotykam się po raz pierwszy.
Wyobraźcie sobie obskurnie zniekształcone syntezatory rodem z horrorów klasy b z lat 80., do tego charakterystyczną dla dubstepu, pomieszaną synkope obfitującą w sample z automatu perkusyjnego i basowy, murzyński (ale rapowany przez białego), hip-hopowy flow, wszystko utrzymane jest w szamańsko-mistycznym, ezoteryczno-okultystycznym klimacie prosto z cmentarza powitego mgłą. Jezu, z czym trzeba dzisiaj wyskoczyć, aby być oryginalnym. Jeśli chodzi o wizerunek, to nie jest gorzej - dorastanie w slumsach, dragi, dużo "I don't know" i "Ummm" w wywiadach. Pustka i tajemnica.
Album promowany jest pierwszym, tytułowym kawałkiem, w którym wykorzystany jest sample z znanego utworu Christmas Carol "O Holy Night" i niezwykle mrocznym teledyskiem. Asia zaskakuje gabberowym bitem, a jeśli chodzi o mojego faworyta to jest nim zdecydowanie Trapdoor. Warto też zwrócić uwagę na Redlights, które pojawiło się już na dwóch wcześniejszych EPkach.

It's all blurred out, aye bitch!



Tracklist
  1. King Night 3:49
  2. Asia 3:35
  3. Frost 3:24
  4. Sick 3:19
  5. Release Da Boar 5:00
  6. Trapdoor 4:31
  7. Redlights 3:42
  8. Hound 4:32
  9. Traxx 4:41
  10. Tair 2:08
  11. Killer 4:51

Crocodiles - Summer of Hate (2009)


Crocodiles zdobyło rozgłos dzięki No Age, którzy na swoim blogu ich pierwszy singiel uznali za jeden z lepszych kawałków 2008 roku. Z kolei wydając w następnym roku Summer of Hate zasłużyli już sobie na Critics' Choice ze strony New York Timesa.
Kiedy odpalisz Forfitery od razu poczujesz lata 80., głównie za sprawą automatu perkusyjnego i kojących melodii wydostających się z klawiszy odzianych w tremolo. Nieprzypadkowe również wydaje się zaczerpnięcie nazwy zespołu z albumu post-punkowego Echo & the Bunnymen. Krokodyle nie mogą też uniknąć porównań z Jesus and Mary Chain, na Summer of Hate New Wave kłania się naprawdę nisko. Crocodiles wyróżniają się za sprawą zmieszania tychże klimatów z noise popową sceną San Diego, dla której poprzedni rok okazał się "5 minutami". Aktualnie jest już trochę gorzej, głównie za sprawą ambicji weteranów na wskoczenie do playlist MTV i braku świeżości.
Brzmienie Summer of Hate można sprowadzić do obrazka zaśmieconej plaży późnym wieczorem. Napchana efektami gitara z każdym szarpnięciem zlewa się i kłębi w brudnym szumie, który wysokością częstotliwości niekiedy dorównuje zgrzytowi zębów czy piskowi tablicy kreślonej kredą. Wcześniej opisane klawisze wraz z cynicznym wokalem śpiewającym nihilistyczne teksty pogrążają odbiorce w hipnozie przepełnionej tajemnicą.
Predatory kurwa naprawdę dają radę, jeden z ciekawszych debiutów 2009 roku.




Tracklist
  1. Screaming Chrome 0:48
  2. I Wanna Kill 4:36
  3. Soft Skull (In My Room) 2:32
  4. Here Comes The Sky 4:15
  5. Refuse Angels 2:43
  6. Flash Of Light 5:05
  7. Sleeping With The Lord 3:19
  8. Summer Of Hate 3:33
  9. Young Drugs 7:12

Animal Collective - Strawberry Jam (2007)

DOWNLOAD (link usunięty)


Po freak folkowym Sung Tongs i Feels Animal Collective obrało bardziej elektroniczny kierunek. Na Strawberry Jam znajduje się masa zbłąkanych sampli i loopów, więcej tutaj też krzyków i śmiałego eksperymentowania z szumami. Generalnie czuć wyższe psychedeliczne stężenie. Piosenki są bardziej skoczne, a chwiejny, zaniepokojony wokal emanuje agresywną euforią. Strawberry Jam unosi słuchacza gdzieś między obłoki w akompaniamencie bębnów imitujących tętno, aby zaraz uderzyć cię po mordzie hi-hatem zgranym z wrzaskiem i zrzucić w obłąkańczy wir.




Tracklist
  1. Peacebone 5:13
  2. Unsolved Mysteries 4:25
  3. Chores 4:30
  4. For Reverend Green 6:34
  5. Fireworks 6:50
  6. #1 4:32
  7. Winter Wonder Land 2:44
  8. Cuckoo Cuckoo 2:45
  9. Derek 3:01

Reformat the Planet (video)


Refomat the Planet to film dokumentalny zgłębiający scenę chiptunes, opierającej się na tworzeniu muzyki za pomocą ośmio-bitowych ścieżek pochodzących z rozkręconych retro-konsol. Dokument miał premierę na festiwalu SXSW (chyba najfajniejszym corocznym wydarzeniu na tej planecie) w 2008 roku, a na dvd został wydany miesiąc temu. Grupa kreatywnych geeków wywarła znaczący wpływ na muzykę elektroniczną co można pokazać na przykładzie Crystal Castles i podkradzionych sampli od Covoxa, który w samym dokumencie przewija się dosyć często. Miałem to szczęście, że krótko po premierze film dostępny był na pitchfork.tv i mogłem go obejrzeć w całości. Teraz ciężko o jakieś źródło do ściągnięcia. Jak ktoś ma namiary to niech da znać.

HEALTH - s/t (2007)


To nie jest muzyka która podejdzie większości z was. HEALTH to awangardowy noise band z Los Angeles należący do tego samego klubu co ostatnio opisywany No Age - The Smell. Oblicze tego 4-piece'u jest z jednej strony wypełnione atonalnością, szumem i dźwiękami, których pochodzenia nie chciałbyś znać, z drugiej minimalizmem, posługiwaniem się ciszą.
Żeby najlepiej opisać brzmienie tego zespołu wyobraź sobie świt ludzkości, wnętrze jaskini, rytualne bębny, wywoływanie duchów przy ognisku i sople arktycznych melodii jako pozostałość z ostatniej epoki lodowcowej. Perkusja jest naprawdę potężna, to fundament i przestrzeń dla wszystkich utworów, wraz z wrzaskami atakuje pierwotnym zdziczeniem i stoi w opozycji do futurystycznych zoothornów (sprzężonych efektów gitarowych z mikrofonem). Kawałki okresowo nawiedza wokal przypominający chorały gregoriańskie. Jeżeli to wszystko nie spowodowało u ciebie jeszcze zmarszenia brwi to możesz rozważyć sciągnięcie tego albumu.
HEALTHa trzeba słuchać głośno, inaczej całe zaskoczenie na którym bazuje album traci na znaczeniu. Mimo, że tej samozwańczej płyty polecam słuchać w całości warto zwrócić uwagę na najpopularniejszy kawałek "Crimewave", który został zremiksowany i wydany przez Crystal Castles ("Courtship" i "Courtship Dating" to też nie przypadek). Kiedy myślisz, że struktura kompozycji (której w całym albumie jak na lekarstwo) rozpada się na najdrobniejsze kawałki, zapadnia zrobiona z dodatkowego toma rozsypuje ją na jeszcze mniejsze okruchy. HEALTH wybudował pomost między muzyką elektroniczną a noisecore'em.
ZDROWIE nie kręci się tylko wokół muzyki, przesiębiorczo wykorzystują swój hype i już w tym roku będzie się można od nich spodziewać internetowej tv serii - HealthVision i linii odzieżowej. Jeśli nie znasz HEALTHa nie masz prawa nazywać się hipsterem.

Tracklist
  1. Heaven 2:37
  2. Girl Attorney 0:36
  3. Triceratops 3:14
  4. Crimewave 2:04
  5. Courtship 0:56
  6. Zoothorns 2:49
  7. Tabloid Sores 2:50
  8. / / M \ \ 3:26
  9. Glitter Pills 3:38
  10. Perfect Skin 4:21
  11. Lost Time 2:12

No Age - Nouns (2008)


No Age to duet z Los Angeles składający się z Randy'ego Randalla grającego na gitarze oraz Deana Allena Spunta zajmującego się perkusją i wokalem. Dwójka kaliforniczyków nie tylko czerpie muzyczną stylistykę punka lat 80. ale również jego ideologie "Do it Yourself", są też częścią klubu The Smell skupiającego muzyków odrzucających jakiekolwiek używki (alkohol też!). Nouns to przede wszystkim spektakularna batalia między hałaśliwym szumem a popową melodią, przynoszącą skojarzenia z noise rockowym Sonic Youth czy w wolniejszych kawałkach z shoegaze'owym My Bloody Valentine. Jak dokładniej nastawimy uszy wyczujemy również kalifornijski punk i szczyptę grunge'u. Subtelne efekty nałożone na wokalu, perkusja brzmiąca momentami jak zbiór puszek i kartonowych pudełek oraz gitara na delay'u z nieregularnym buczeniem w tle daje niespodziewanie powalający rezultat plasując Nouns na samym szczycie nowej muzyki ogłaszanej mianem noise popu.

Zespół grał w tym roku na OFF Festival w Katowicach, jak dla mnie najlepszy koncert z całego festiwalu!


Tracklist
  1. Miner 1:50
  2. Eraser 2:40
  3. Teen Creeps 3:25
  4. Things I Did When I Was Dead 2:27
  5. Cappo 2:42
  6. Keechie 3:27
  7. Sleeper Hold 2:26
  8. Errand Boy 2:41
  9. Here Should Be My Home 2:03
  10. Impossible Bouquet 2:09
  11. Ripped Knees 2:53
  12. Brain Burner 1:51

Hella - Hold Your Horse Is (2002)


Hella to duet złożony z gitarzysty Spencera Seima i niezwykle cenionego za talent i mnogość projektów perkusisty Zacha Hilla. Dwójka kalifornijczyków gra klasyczny przykład math rocka z zawiłym, jeśli w ogóle istniejącym metrum. Jest to niesamowicie techniczna i szybka gra, która zmęczy niejednego słuchacza po bardzo krótkim czasie. Warto jednak nie poddawać się w odkrywaniu wizji duetu by w ostateczności poczuć, że ich muzyka działa jak masaż, w którym wyprostowane dłonie są równolegle skierowane do zmarszczek na naszej korze mózgowej. Gitara w Hella oparta jest przede wszystkim na tappingu (czyli struny są dociskane, a nie szarpane jak zazwyczaj), a luźna struktura utworów kojarzy się z jazzem. Brzmienie charakteryzuje mrowie iskier, kłujących pinezek i spadających gwiazd. Ciężko uwierzyć, że istnieją na ziemi ludzie, którzy są w stanie zapamiętać, a następnie odegrać z niezachwianym tempem tego typu kawałki.

Tracklist
  1. The D. Elkan 0:43
  2. Biblical Violence 3:03
  3. Been A Long Time Cousin 3:51
  4. Republic Of Rough And Ready 3:44
  5. 1-800-Ghost-Dance 3:45
  6. Brown Metal 3:54
  7. Cafeteria Bananas 3:41
  8. City Folk Sitting, Sitting 7:07
  9. Better Get A Broom! 4:20

Edward Sharpe and the Magnetic Zeros - Up from Below (2009)



Edward Sharpe and the Magnetic Zeros to monumentalny projekt stworzony przez Alexa Eberta znanego wcześniej z Ima Robot. Dziesięciu zaangażowanym muzykom udało się wskrzesić ideał hipisowskiej komuny wykreowanej przez The Mamas & the Papas, popisując się przy okazji rozległością aranżacji, w której usłyszymy charakterystyczne brzmienie folk rocku wzmocnione motownowym bitem, banjo, akordeonem i trąbkami otaczającymi harmoniczne wokale oraz katarynkowe melodie punktowane na klawiszach i różnorodnych gitarach. Utwory z Up from below przepłnione są miłością, szczęściem i ckwliwością w takim stopniu, że chyba tylko robot się nad nimi nie rozczuli.



Tracklist:
  1. 40 Day Dream 3:54
  2. Janglin 3:50
  3. Up From Below 4:10
  4. Carries On 4:31
  5. Jade 3:44
  6. Home 5:06
  7. Desert Song 4:30
  8. Black Water 3:51
  9. Come In Please 5:07
  10. Simplest Love 2:53
  11. Kisses Over Babylon 5:16
  12. Brother 3:57
  13. Om Nashi Me 6:16

Them Crooked Vultures - s/t (2009)



Them Crooked Vultures to tzw. supergrupa obstawiona przez Josha Homme'a (QotSA, Kyuss) na gitarze i wokalu, Dave Grohla (Foo Fighters, Nirvana) na perkusji, i John Paul Jonesa (Led Zeppelin), który zajął się basem i masą dziwnych instrumentów. Kiedy kilka gwiazd nagle znajduje się w jednym zespole dzieje się coś nienaturalnego. Them Crooked Vultures w sumie jest dobrą płytą, nie można jej nic zarzucić, a już na pewno nie odgrzewanie kotletów. Na pierwszy rzut do ucha wpada unikalnie rozciągany bit, w którego zakamarkach nieustannie coś pulsuje, skrzeczy i niezdarnie kwiczy. Ta kolaboracja to niby coś nowego, ale brakuje mi w tym iskry. Słynni muzycy weszli do studia, podzielili się bogatym doświadczeniem i pobawili się swoimi koncepcjami. Takie połączenie nazwisk z góry gwarantuje ciepłe przyjęcie więc żadne artystyczne zmagania nie wchodzą w grę. Czyżby projekt był głownie napędzany przez wytwórnię szukającą zastrzyku gotówki? Nie wiem, na pewno warto sobie kilka razy posłuchać.

Tracklist
  1. No One Loves Me & Neither Do I 5:10
  2. Mind Eraser, No Chaser 4:07
  3. New Fang 3:49
  4. Dead End Friends 3:16
  5. Elephants 6:50
  6. Scumbag Blues 4:27
  7. Bandoliers 5:43
  8. Reptiles 4:16
  9. Interlude With Ludes 3:45
  10. Warsaw Or The First Breath You Take After You Give Up 7:50
  11. Caligulove 4:55
  12. Gunman 4:47
  13. Spinning In Daffodils 7:28

Wavves - Wavvves (2009)



Ten album prędzej czy później musiał się tutaj znaleźć. W ostatnich latach mój absolutny faworyt jeśli chodzi o amatorskie granie z wielkim zapałem. Wavves to solowy projekt Nathana Williamsa, sprzedawcy ze sklepu muzycznego w San Diego, który godzinami przesiadywał w poolhouse'ie swoich rodziców, gdzie komponował swoje piosenki i palił zioło uncjami.
Pierwszy album przeszedł bez większego echa - może dlatego, że został wydany tylko na kasecie audio. Za to jego drugi album - Wavvves pokazał prawdziwą siłę przekazu pitchforka, który mocno promował nowe dokonania Nathana Williamsa doprowadzając do nienaturalnej wręcz popularności jak na tego typu projekt. Nie trzeba było długo czekać na hordy haterów skandujących "overrated!" paradoksalnie roznoszących dalej wieść o nikomu wcześniej nieznanym muzyku.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w ucho na tym albumie to kompletny brak jakości. Pełno tutaj przypadkowych trzasków, szumów i echa. Przesterowana gitara na reverb przygrywa surf rockowe riffy, w perkusji można wyczuć ducha The Tornadoes, a w chórkach nucone są falsetem chwytliwe melodie. Abstrakcyjne teksty zahaczają o tematykę plaży, gothów, demonów, duchów i zioła. W stylu Wavves nie sposób też nie wspomnieć o motywie deskorolki, fascynacji kiczem i ogólnym zblazowaniu. Nathan Williams wypracował charakterystyczne brzmienie za pomocą prostych środków - lubię to!





Tracklist
  1. Rainbow Everywhere 1:29
  2. Beach Demon 3:32
  3. To The Dregs 1:56
  4. Sun Opens My Eyes 3:21
  5. Gun In The Sun 2:34
  6. So Bored 3:14
  7. Goth Girls 3:13
  8. No Hope Kids 2:14
  9. Weed Demon 2:39
  10. California Goths 2:21
  11. Summer Goth 2:05
  12. Beach Goth 3:52
  13. Killr Punx, Scary Demons 1:45
  14. Surf Goth 2:09
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...