DPKNWJT26F3H

Podstrony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 100%. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 100%. Pokaż wszystkie posty

My Bloody Valentine - Loveless (1991)


Wczoraj była 20. rocznica wydania tego słynnego albumu, więc pomyślałem że warto o niego wzbogacić tutejszą kolekcję, a przy okazji może jakimś cudem ktoś jego jeszcze nie słyszał, dodatkowo wrzucam tekst poświęcony temu krążkowi, który napisałem dla livelife.pl rok temu:

Nadchodząca jesień nieubłaganie skraca dzień, obniża temperaturę i nawilża powietrze mgłą. Ekspertami w przenoszeniu towarzyszącej temu wszystkiemu melancholii na brzmienie muzyczne są oczywiście wyspiarze. Mają oni bowiem okazję do obcowania z tego typu klimatem przez cały rok. Loveless wprawdzie zostało wydane w listopadzie, ale produkcja całego albumu z powodów finansowych trwała 2 lata. Wcześniejsza historia zespołu też nie napawa optymizmem, była pełna roszad w składzie, skakania między małymi wytwórniami i wydawania epek, które spotykały się z zerowym przyjęciem.

Słuchając Loveless po 19 latach od wydania spokojnie jednak można odeprzeć, że było warto, przy okazji obalając wszystkie teorie dotyczące globalnych zmian klimatu. Jesień pozostanie zawsze taka sama. Każdy zna to uczucie kiedy za oknem tnie deszcz, wszyscy na zewnątrz marzną, a Ty przytulnie rozgrzewasz się przy herbacie. Albo gdy wdychasz świeże powietrze zaraz po ulewie z zaciekłością godną mefedronisty. To wszystko na tym albumie jest, chowa się gdzieś między niezliczonymi warstwami przesterowanych gitar. W tej niepowtarzalnej fakturze brzmienia kłębią się sprzeczne z pozoru emocje. Ciężkie tony teoretycznie powinny przygnębiać, tutaj nieoczekiwanie odprężają. Lekkie, słabnące wokale wraz z klawiszami prowadzą melodią przez gęstą mgłę dźwięku. Czuć Spleen.

Loveless nie tylko perfekcyjnie przerzuciło aurę jesieni na pięciolinię, ale również ugruntowało, jeśli nie powiedzieć śmielej -- stworzyło nowy gatunek muzyczny zwany shoegaze'm. My Bloody Valentine udowodniło, że posługując się obskurnymi zniekształceniami, sprzężeniem zwrotnym i roztrajającym gitarę vibrato da się stworzyć piękną muzykę. Ten krążek to swego rodzaju pomnik. Swoją innowacyjnością wzbudził jednogłośne uznanie wśród krytyków, stając się jednym z najbardziej wpływowych albumów od czasów The Velvet Underground & Nico.













Tracklist:

  1. Only Shallow 4:17
  2. Loomer 2:38 
  3. Touched 0:56 
  4. To Here Knows When 5:31 
  5. When You Sleep 4:12 
  6. I Only Said 5:34 
  7. Come In Alone 3:58 
  8. Sometimes 5:19 
  9. Blown A Wish 3:36 
  10. What You Want 5:33 
  11. Soon 6:58

Deerhunter - Cryptograms (2007)


Cryptograms to chyba najbardziej deerhunterowa płyta jakiej Bradford Cox dorobił się w swojej karierze. Na drugim krążku stylistyka zespołu wykrystalizowała się już z chaotycznego, punkowo-noise-rockowego Turn it up, Faggot, a jednocześnie nie wpadła jeszcze w kleszcze tradycyjnych, singlowych struktur, których zaczątki można uświadczyć na Microcastle. Do Cryptograms nie przekonałem się od razu, żeby w pełni nacieszyć się finezją tego krążka musiałem najpierw zaznajomić się z właśnie bardziej przystępnym Microcastle, i polecam każdemu to zrobić, bo jakby nie patrzeć jest to już kanon współczesnego niezalu. Ja wrzucam Cryptograms bo uważam, że jest niesłusznie spychane w świetle trzeciego albumu, a swoją jakością bezdyskusyjnie jemu dorównuje. Jest bardziej eksperymentalnie, ale przede wszystkim przełomowo, bo takich ambientowych panoram pod najrozmaitszymi fakturami efektów nie zakreślił chyba jeszcze nikt do tej pory. Na zachęte dodam, że jest to jedyny album, który jestem w stanie przywołać z pamieci jako wywołujący wizualizacje przy zamkniętych oczach, true story!

  1.  Intro 2:50
  2. Cryptograms 4:17
  3. White Ink 4:59
  4. Lake Somerset 3:49
  5. Providence 4:08
  6. Octet 7:50
  7. Red Ink 3:40
  8. Spring Hall Convert 4:29
  9. Strange Lights 3:38
  10. Hazel St. 3:48
  11. Tape Hiss Orchid 1:12
  12. Heatherwood 3:37

No Age - Weirdo Rippers (2007)


15 kwietnia No Age zagra w warszawskim Powiększeniu. Realistycznie obstawiam, że większość kawałków zagrają ze swojego najnowszego albumu Everything in Between, który niestety jest taki sobie. Krążek został skopany przede wszystkim na poziomie produkcji, a to połowa, jeśli nie większość uroku tego zespołu. Glitter z ciekawym skrzypem prowadzącym melodie, czy Fever Dreaming dają radę, reszta utworów nie trzyma już takiego poziomu. Lepiej wrócić do ich wcześniejszych nagrań - Nouns i dzisiaj opisywanego Weirdo Rippers, które są bezdyskusyjnie majstersztykiem. 
Sam nie wiem, który album jest lepszy. Zdarza się tak, że podzielam obiegową opinię, która przychyla się ku Nouns. Ale Weirdo Rippers też ma swoje mocne strony, a ostatnie odświeżenie bardzo mu zaplusowało w moich oczach. Pierwszy długogrający album jest w sumie tylko kompilacją wcześniej wydanych EPek. Ogromne pokłady szumu zataczają pięknę shoegaze'owe krajobrazy, wszystko się rozwija, narasta i przyśpiesza z świetnym wyczuciem, gdzieś w obłokach wyłania się noisecore'owe widmo poprzedniego zespołu Deana Spunta i Randy'ego Randalla; czyli Wives, o którym na pewno jeszcze wspomnę. Kawałek Boy Void wydaję się wręcz zamierzonym nawiązaniem do przeszłej twórczości.
Tracklist
  1. Every Artists Needs A Tragedy 3:38
  2. Boy Void 1:45
  3. I Wanna Sleep 2:59
  4. My Life's Alright Without You 1:59
  5. Everybody's Down 2:20
  6. Sun Spots 1:22
  7. Loosen This Job 3:40
  8. Neck Escaper 2:08
  9. Dead Plane 4:12
  10. Semi-Sorted 3:46
  11. Escarpment 4:01

Queens of the Stone Age - s/t (1998) re-release (2011)


Stało się. Zespół, od którego zacząłem interesować się muzyką, którego poczynania nieustannie śledzę na przestrzeni wydania 3 albumów studyjnych, po 6 latach ponownie zawita do Polski. To, co chyba każdy ceni w Qotsie to odwagę w eksperymentowaniu przy jednoczesnym zachowaniu korzeni. Tym razem, będzie to definitywny powrót do tych korzeni, bo zespół w nadchodzącej europejskiej trasie koncertowej będzie grał swój pierwszy krążek w całości. Koncert w Stodole będzie też tym zamykającym całą trasę. Lepiej być po prostu nie może.
Queens of the Stone Age to album wyznaczający nowy kierunek ku miejscom, których nie można do końca odnaleźć na Kyussowym Palm Desert. Będąc gitarzystą Kyussa, Josh Homme nigdy nie myślał o zostaniu wokalistą, jednak zakładając nowy zespół, nie miał częściowo innego wyjścia. Jak sam przyznaje nie był zbyt śmiały w tej nowej roli, co paradoksalnie dało pozytywnie zaskakujący efekt. Nie będę rozkładał brzmienia Qotsy na czynniki pierwsze bo zrobiłoby mi się niedobrze. Tego trzeba po prostu posłuchać. W wasze ręce rzucam nową, zremasterowaną edycję wzbogaconą o kawałki ze splitów z Kyussem i Beaverem.





     Tracklist
  1. Regular John
  2. Avon
  3. If Only
  4. Walkin' On The Sidewalks
  5. You Would Know
  6. The Bronze
  7. How To Handle A Rope
  8. Mexicola
  9. Hispanic Impressions
  10. You Can't Quit Me Baby 
  11. These aren't the Droids You're Looking For
  12. Give The Mule What He Wants
  13. Spiders and Vinegaroons
  14. I Was A Teenage Hand Model

Japandroids - Post-Nothing (2009)

Początkowo Brian King i David Prowse szukali wokalisty, na szczęście podjęli słuszną decyzję i sami się tą rolą podzielili. Jedynie z perkusji, pomysłowo przetworzonej gitary i chórków, z których bije braterskość powstało coś zupełnie nowego.
Post-Nothing to z jednej strony melancholijne utyskiwanie dwójki przyjaciół za minionymi czasami młodości, z drugiej satysfakcja i radość, że w ogóle tych chwil mogli doświadczyć. W całym albumie czuć błogość i bryzę znad Pacyfiku, która trafia na plaże Vancouver (BC, Canada), gdzie garstka najlepszych znajomych spotyka się przy piwie zaczepiając dziewczyny i wspominając dawne czasy. Oprócz kojących, niskich szumów w brzmieniu Japandroids doszukać się można słodkich melodii i rytmu z idealnie wyczutymi pauzami. Łącząc te elementy jesteśmy na drodze do głębokiego rozmarzenia nie poprzestając jednak z machaniem głowy. Dynamika utworów jest świetnie przemyślana, praktycznie każdego kawałka słucha się z wielką przyjemnością, nic nie nuży, ani nie męczy.
Ten album to zdecydowanie tzw. grower - z każdym przesłuchaniem brzmi coraz lepiej. Na Post-Nothing miało się znaleźć więcej kawałków ale Japandroidsom zabrakło kasy - pewnie woleli ten czas spędzić na plaży. Szkoda, bo chyba jedyną rzeczą jaką mogę zarzucić temu albumowi to właśnie jego czas trwania.







Tracklist
  1. The Boys Are Leaving Town 3:59
  2. Young Hearts Spark Fire 5:03
  3. Wet Hair 3:09
  4. Rockers East Vancouver 4:29
  5. Hearts Sweats 4:22
  6. Crazy/Forever 6:01
  7. Sovereignty 3:31
  8. I Quit Girls 4:54

Death from Above 1979 - You're a woman, I'm a Machine (2004)



Death from Above to duet, który udowodnił że nie potrzeba gitary aby dobrze napierdalać. A właściwie pokazał, że wystarczą 2 osoby - Sebastian Gainger na wokalu i perkusji oraz Jesse F. Keeler na basie i syntezatorach. Dwójka kanadyjczyków wyskoczyła z czymś tak rzadko spotykanym, że ciężko ich gdzieś umieścić wśród gatunków. Grają szybko, surowo i ciężko, więc niby punk, ale punk bez gitary i z klawiszami? Przychodzi na myśl taki twór jak dance punk, ale gdy spojrzysz na inne zespołu podpisujące się pod tą etykietką to tylko niesmacznie się skrzywisz. DFA to coś unikalnego, połączenie zniekształconego basu przypominającego ryki trąb z okładki, perkusji strzelającej rytmami wyjętymi prosto z muzyki dance i napompowanym seksualnie wokalem. Od czasu do czasu pojawiają się syntezatory towarzyszące stale narastającym, oddychającym i zawieszającym się riffom, których tutaj całe mnóstwo. Niestety muzycy podczas trasy koncertowej nie mogli się dogadać na wielu poziomach i zrezygnowali z dalszej współpracy zostawiając nas tylko z jednym albumem długogrającym. Wielka szkoda, płyty słuchałem setki razy, wyszukiwałem b-side'y oraz bootlegi i najzwyczajniej czuję niedosyt. Mimo 175. tysięcy sprzedanych kopii i uzyskania złotego statusu w Kanadzie nie ma większych nadziei na powrót tego niszczącego uszy duetu.





Tracklist
  1. Turn It Out 2:39
  2. Romantic Rights 3:15
  3. Going Steady 2:49
  4. Go Home, Get Down 2:19
  5. Blood On Our Hands 2:59
  6. Black History Month 3:48
  7. Little Girl 4:00
  8. Cold War 2:33
  9. You're A Woman, I'm A Machine 2:53
  10. Pull Out 1:50
  11. Sexy Results 5:55

No Age - Nouns (2008)


No Age to duet z Los Angeles składający się z Randy'ego Randalla grającego na gitarze oraz Deana Allena Spunta zajmującego się perkusją i wokalem. Dwójka kaliforniczyków nie tylko czerpie muzyczną stylistykę punka lat 80. ale również jego ideologie "Do it Yourself", są też częścią klubu The Smell skupiającego muzyków odrzucających jakiekolwiek używki (alkohol też!). Nouns to przede wszystkim spektakularna batalia między hałaśliwym szumem a popową melodią, przynoszącą skojarzenia z noise rockowym Sonic Youth czy w wolniejszych kawałkach z shoegaze'owym My Bloody Valentine. Jak dokładniej nastawimy uszy wyczujemy również kalifornijski punk i szczyptę grunge'u. Subtelne efekty nałożone na wokalu, perkusja brzmiąca momentami jak zbiór puszek i kartonowych pudełek oraz gitara na delay'u z nieregularnym buczeniem w tle daje niespodziewanie powalający rezultat plasując Nouns na samym szczycie nowej muzyki ogłaszanej mianem noise popu.

Zespół grał w tym roku na OFF Festival w Katowicach, jak dla mnie najlepszy koncert z całego festiwalu!


Tracklist
  1. Miner 1:50
  2. Eraser 2:40
  3. Teen Creeps 3:25
  4. Things I Did When I Was Dead 2:27
  5. Cappo 2:42
  6. Keechie 3:27
  7. Sleeper Hold 2:26
  8. Errand Boy 2:41
  9. Here Should Be My Home 2:03
  10. Impossible Bouquet 2:09
  11. Ripped Knees 2:53
  12. Brain Burner 1:51

Wavves - Wavvves (2009)



Ten album prędzej czy później musiał się tutaj znaleźć. W ostatnich latach mój absolutny faworyt jeśli chodzi o amatorskie granie z wielkim zapałem. Wavves to solowy projekt Nathana Williamsa, sprzedawcy ze sklepu muzycznego w San Diego, który godzinami przesiadywał w poolhouse'ie swoich rodziców, gdzie komponował swoje piosenki i palił zioło uncjami.
Pierwszy album przeszedł bez większego echa - może dlatego, że został wydany tylko na kasecie audio. Za to jego drugi album - Wavvves pokazał prawdziwą siłę przekazu pitchforka, który mocno promował nowe dokonania Nathana Williamsa doprowadzając do nienaturalnej wręcz popularności jak na tego typu projekt. Nie trzeba było długo czekać na hordy haterów skandujących "overrated!" paradoksalnie roznoszących dalej wieść o nikomu wcześniej nieznanym muzyku.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w ucho na tym albumie to kompletny brak jakości. Pełno tutaj przypadkowych trzasków, szumów i echa. Przesterowana gitara na reverb przygrywa surf rockowe riffy, w perkusji można wyczuć ducha The Tornadoes, a w chórkach nucone są falsetem chwytliwe melodie. Abstrakcyjne teksty zahaczają o tematykę plaży, gothów, demonów, duchów i zioła. W stylu Wavves nie sposób też nie wspomnieć o motywie deskorolki, fascynacji kiczem i ogólnym zblazowaniu. Nathan Williams wypracował charakterystyczne brzmienie za pomocą prostych środków - lubię to!





Tracklist
  1. Rainbow Everywhere 1:29
  2. Beach Demon 3:32
  3. To The Dregs 1:56
  4. Sun Opens My Eyes 3:21
  5. Gun In The Sun 2:34
  6. So Bored 3:14
  7. Goth Girls 3:13
  8. No Hope Kids 2:14
  9. Weed Demon 2:39
  10. California Goths 2:21
  11. Summer Goth 2:05
  12. Beach Goth 3:52
  13. Killr Punx, Scary Demons 1:45
  14. Surf Goth 2:09

Crystal Castles - s/t (2008)



Crystal Castles odkryłem przypadkowo, pożyczając od kolegi dysk twardy. Przebierając w masie elektroniki od razu moją uwagę przykuło połączenie artymicznych glitchów, szumu i brudnego basu z electro-clashowymi zagraniami, a wszystko to dodatkowo wzbogacone o 8-bit'owe sample prosto z gier na Gameboy'a i wrzaski, czasem wokale Alice.
Crystal Castles to duet składający się z Ethana Katha - zapalonego muzyka, która miał już za sobą kilka anarcho-punkowych zespołów (sic!) i enigmatycznej Alice Glass wypatrzonej prosto ze squatu. To właśnie dzięki charyźmie Alice projekt zawdzięcza tak duży rozgłos. Odziewając t-shirty dla małych chłopców, czarną spódnieczkę po babci i białe conversy dyktuje trendy nastolatkom, a swoim nieprzewidywalnym zachowaniem zaskarbiła sobie ich sympatię.
Kiedy sprawdzałem demka CC internet o nich dopiero mruczał. Nigdy bym się nie spodziewał, że coś tak specyficznego ma szansę się przebić, ale jak widać dla świeżego i świetnie pomieszanego miksu jakim jest Crystal Castles ciężko było znaleźć inną drogę.
Byłem na ich koncercie, jednak to zasługuje na odrębny wpis, napiszę tylko, że mają w zwyczaju posługiwanie się oświetleniem, które skutecznie zaburza percepcję, a Alice praktycznie co drugi kawałek pływa w publice. Sam album to mistrzostwo świata, bez wachania zaliczam do najlepszych ubiegłej dekady.


Tracklist:
  1. Untrust Us 3:06
  2. Alice Practice 2:41
  3. Crimewave (Crystal Castles Vs. Health) 4:18
  4. Magic Spells 6:07
  5. XXZXCUZX Me 1:54
  6. Air War 4:12
  7. Courtship Dating 3:30
  8. Good Time 2:56
  9. 1991 1:54
  10. Vanished 4:03
  11. Knights 3:14
  12. Love And Caring 2:19
  13. Through The Hosiery 3:07
  14. Reckless 3:28
  15. Black Panther 2:57
  16. Tell Me What To Swallow 2:17

Queens of the Stone Age - Songs for the Deaf (2002)


Ten album to kamień milowy zarówno dla kariery zespołu jak i mojego muzycznego ogarnięcia. Jest to jedna z pierwszych płyt, które słuchałem jako całości. Z pierwszym ujrzeniem teledysku "Go with the Flow" wiąże się moment, od którego zacząłem odkrywać zespoły na własną rękę. Od tamtego czasu "Songs for the Deaf" przesłuchałem miliony razy (wtedy jeszcze z discmana, hehe), a płyta na tyle wryła się do mojej podświadomości, że odpalając to nagranie bardziej czuje się jakbym przypominał sobie kawałek samego siebie niż słuchał jakiejś konkretnej muzyki. Od strony zespołu Songs for the Deaf prezentuje się jako ich najważniejsze dokonanie.
Qotsa, wcześniej stworzywszy gatunek stoner rocka, na tej płytce wynosi go na absolutnie nowy poziom, którego ujęcie nawet w alternative-stoner-hard-rockowej hybrydzie wydaję się nie do końca trafne. Warto dodać, że w nagraniu gościnnie brał udział sam Dave Grohl (prekusista Nirvany, frontman Foo Fighters). Cały album utrzymany jest w luźnej koncepcji, gdzie słuchacz zostaje wzięty na przejażdżkę z pustyni Mojave do Los Angeles podczas której radio dostrajane jest do różnych, lokalnych stacji. Wszystko, czego tylko potrzeba.




Tracklist:
  1. You Think I Ain't Worth A Dollar, But I Feel Like A Millionaire 3:12
  2. No One Knows 4:38
  3. First It Giveth 3:18
  4. A Song For The Dead 5:52
  5. The Sky Is Fallin' 6:15
  6. Six Shooter 1:19
  7. Hangin' Tree 3:06
  8. Go With The Flow 3:07
  9. Gonna Leave You 2:50
  10. Do It Again 4:04
  11. God Is In The Radio 6:04
  12. Another Love Song 3:16
  13. A Song For The Deaf 6:42
  14. Mosquito Song 5:38
  15. Everybody's Gonna Be Happy 2:35

sto procent

Jutro wjedzie pierwszy krążek, który dostanie znak jakości 100% widniejący pod tym tekstem. Żeby płyta dostała takie odznaczenie musi mi się wyjątkowo podobać, być w miare popularna i zdobyć powszechne uznanie wśród krytyków. Jeżeli któryś w taki sposób wyróżniony album ci nie podejdzie to chyba jesteś jakiś dziwny.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...