DPKNWJT26F3H

Podstrony

Wives - Erect the Youth Problem (2004)


Dwa miesiące przed pół roku temu, po koncercie No Age w Powiększeniu pogratulowałem chłopakom świetnego występu z już trochę gorszym nagłośnieniem i szybko po komplementach nikomu winny gitarzysta Randy Randall znalazł się pod moim gradobiciem pytań, a pytałem go między innymi o jego odczucia odnośnie Nardwuara, który przeprowadzał z nimi wywiad, ale też o - no właśnie - ich poprzedni zespół. No Age to 2/3 Wivesów, tak więc byłem ciekawy co się dzieje z resztą bandy, jak się później okazało, Jeremy wyjechał do Nowego Jorku i chłopaki nie utrzymują ze sobą dalszego kontaktu, toteż nie wiadomo za bardzo co się u niego teraz dzieje - odpowiedź dosyć rozczarowująca. Dotrzymuje słowa z wrzuty Weirdo Rippers i powracam do tematu Wives, tym bardziej, że 6 grudnia z labelu Deana Spunta zostanie wydane Roy Tapes z wcześniej niepublikowanymi nagrywkami, na które nie mogę się doczekać bo jeden longplay w całym dorobku tego zespołu to zdecydowanie za mało. Wives sprawia dla mnie wrażenie typowego noisecore'owego zespołu, z tym że ciężko znaleźć mi coś podobnego, nigdy nie zagłębiałem się dalej w te klimaty ale są one dla mnie zdecydowanie jedną z autentyczniejszych rzeczy we współczesnej muzyce - duży środkowy palec dla całego świata, zero kurwienia się na "sztukę" i sfabrykowaną głębie, liczy się tylko napierdalanie koniec kropka iks de. Jakiś Mick Jagger czy inny Jimmy Page powiedział, że muzyka to w 50% nastawienie, w przypadku Wives jest to 100%.
     Tracklisisist
  1. 4 X 4 1:09
  2. Babies 1:34
  3. Mountainous 2:04
  4. We Came Out Like Tigers 1:38
  5. All Dads Alike 1:49
  6. Boy Club 4:53 
  7. I've Got This One Partner 2:14
  8. Wated Again, Again 1:36 
  9. Squeeze Your Eyes So Tight 1:06 
  10. Mother Russia 1:29 
  11. The Big Idea 2:47
  12. Lunch Money 1:22 
  13. We'd Never Assume That 1:59
  14. Brickface 1:59

Yuck - Cousin Corona

Debiut Yuck, o którym jakiś czas temu pisałem, doczekał się niedawno nowego, dwupłytowego wydania zawierającego b-side'y i bonusowy kawałek. Poniżej Cousin Corona z zajebistym basem.

My Bloody Valentine - Loveless (1991)


Wczoraj była 20. rocznica wydania tego słynnego albumu, więc pomyślałem że warto o niego wzbogacić tutejszą kolekcję, a przy okazji może jakimś cudem ktoś jego jeszcze nie słyszał, dodatkowo wrzucam tekst poświęcony temu krążkowi, który napisałem dla livelife.pl rok temu:

Nadchodząca jesień nieubłaganie skraca dzień, obniża temperaturę i nawilża powietrze mgłą. Ekspertami w przenoszeniu towarzyszącej temu wszystkiemu melancholii na brzmienie muzyczne są oczywiście wyspiarze. Mają oni bowiem okazję do obcowania z tego typu klimatem przez cały rok. Loveless wprawdzie zostało wydane w listopadzie, ale produkcja całego albumu z powodów finansowych trwała 2 lata. Wcześniejsza historia zespołu też nie napawa optymizmem, była pełna roszad w składzie, skakania między małymi wytwórniami i wydawania epek, które spotykały się z zerowym przyjęciem.

Słuchając Loveless po 19 latach od wydania spokojnie jednak można odeprzeć, że było warto, przy okazji obalając wszystkie teorie dotyczące globalnych zmian klimatu. Jesień pozostanie zawsze taka sama. Każdy zna to uczucie kiedy za oknem tnie deszcz, wszyscy na zewnątrz marzną, a Ty przytulnie rozgrzewasz się przy herbacie. Albo gdy wdychasz świeże powietrze zaraz po ulewie z zaciekłością godną mefedronisty. To wszystko na tym albumie jest, chowa się gdzieś między niezliczonymi warstwami przesterowanych gitar. W tej niepowtarzalnej fakturze brzmienia kłębią się sprzeczne z pozoru emocje. Ciężkie tony teoretycznie powinny przygnębiać, tutaj nieoczekiwanie odprężają. Lekkie, słabnące wokale wraz z klawiszami prowadzą melodią przez gęstą mgłę dźwięku. Czuć Spleen.

Loveless nie tylko perfekcyjnie przerzuciło aurę jesieni na pięciolinię, ale również ugruntowało, jeśli nie powiedzieć śmielej -- stworzyło nowy gatunek muzyczny zwany shoegaze'm. My Bloody Valentine udowodniło, że posługując się obskurnymi zniekształceniami, sprzężeniem zwrotnym i roztrajającym gitarę vibrato da się stworzyć piękną muzykę. Ten krążek to swego rodzaju pomnik. Swoją innowacyjnością wzbudził jednogłośne uznanie wśród krytyków, stając się jednym z najbardziej wpływowych albumów od czasów The Velvet Underground & Nico.













Tracklist:

  1. Only Shallow 4:17
  2. Loomer 2:38 
  3. Touched 0:56 
  4. To Here Knows When 5:31 
  5. When You Sleep 4:12 
  6. I Only Said 5:34 
  7. Come In Alone 3:58 
  8. Sometimes 5:19 
  9. Blown A Wish 3:36 
  10. What You Want 5:33 
  11. Soon 6:58

Wingnut Dishwashers Union - Never Trust a Man Who Plays Guitar (2008)


Jeżeli słysząc takie frazy jak "gitara akustyczna" czy "singer-songwriter" robi ci się niedobrze, jest duża szansa, że Pat the Bunny stojący za Wingnut Dishwashers Union to odmieni, bo co prawda podpada on pod te etykiety, to jednak prezentuje zupełnie co innego niż mogłyby sugerować typowe skojarzenia.  Ten akustyczny anarchista, znany również jako Johnny Hobo, a tak naprawdę nazywający się Pat Schneeweis jest przedstawicielem dosyć oksymoronicznego gatunku zwanego folk punkiem. Na "Never Trust a Man..." mamy dużo rytmicznego, przytłumionego szarpania, otwartych akordów i świetnego, pełnego bólu wokalu, zero zachowawczej estetyki, po prostu czyste emocje. Płyta właściwie dzieli się na dwie części, pierwsza jest dosyć surowa w wykonaniu i nihilistyczna w przekazie, później atmosfera się stopniowo rozluźnia i dochodzą kolejne instrumenty, a ostatni "ain't nobody's business" to już pijacki hymn. Warto też zwrócić uwagę na kawałek "D.I.Y gangsta", który poniekąd jest coverem (może bardziej parafrazą) Wu-Tang Clanowego "C.R.E.A.M". Ta płyta to taka gainesville'owska odpowiedź na pitchforkcore'owe In the Aeroplane Over the Sea.

Tracklist:
  1. Never trust a man who plays guitar
  2. Free and alone 
  3. fuck shit up (whanana)
  4. Reason to breathe
  5. Do you wanna go to party town?
  6. Just because I don't say anything doesn't mean I've got nothing to say
  7. D.I.Y gangsta (T.R.E.A.M.)
  8. Picking sides
  9. Love song
  10. Jesus does the dishes
  11. No future (road song)
  12. For a girl in Rhinelander, WI
  13. Stop being so cool & get silly
  14. Ain't nobody's business

Deerhunter - Cryptograms (2007)


Cryptograms to chyba najbardziej deerhunterowa płyta jakiej Bradford Cox dorobił się w swojej karierze. Na drugim krążku stylistyka zespołu wykrystalizowała się już z chaotycznego, punkowo-noise-rockowego Turn it up, Faggot, a jednocześnie nie wpadła jeszcze w kleszcze tradycyjnych, singlowych struktur, których zaczątki można uświadczyć na Microcastle. Do Cryptograms nie przekonałem się od razu, żeby w pełni nacieszyć się finezją tego krążka musiałem najpierw zaznajomić się z właśnie bardziej przystępnym Microcastle, i polecam każdemu to zrobić, bo jakby nie patrzeć jest to już kanon współczesnego niezalu. Ja wrzucam Cryptograms bo uważam, że jest niesłusznie spychane w świetle trzeciego albumu, a swoją jakością bezdyskusyjnie jemu dorównuje. Jest bardziej eksperymentalnie, ale przede wszystkim przełomowo, bo takich ambientowych panoram pod najrozmaitszymi fakturami efektów nie zakreślił chyba jeszcze nikt do tej pory. Na zachęte dodam, że jest to jedyny album, który jestem w stanie przywołać z pamieci jako wywołujący wizualizacje przy zamkniętych oczach, true story!

  1.  Intro 2:50
  2. Cryptograms 4:17
  3. White Ink 4:59
  4. Lake Somerset 3:49
  5. Providence 4:08
  6. Octet 7:50
  7. Red Ink 3:40
  8. Spring Hall Convert 4:29
  9. Strange Lights 3:38
  10. Hazel St. 3:48
  11. Tape Hiss Orchid 1:12
  12. Heatherwood 3:37

Ceremony - Rohnert Park (2010)


Poza takimi klasykami jak Minor Threat, Black Flag czy Circle Jerks, nigdy w hardkor zbytnio się nie zagłębiałem. Tak naprawdę z wyjątkiem kilku bandów, nigdy nie potrafiłem w pełni czerpać przyjemności ze słuchania całego hardkorowego krążka, słuchanie wrzasków bywa męczące, a ja nie potrafię w sobie znaleźć tylu pokładów wkurwienia do wyładowywania przez ponad pół godziny. Może dlatego też na tej scenie upowszechnione są o wiele krótsze 7inche. To, co jeszcze mnie odpycha od owego gatunku, to nieodparte wrażenie, że wszystkie zespoły grają tę samą, schematyczną i prymitywną muzykę. Ale Ceremony przykuło moją uwagę już przy wydaniu debiutanckiego Violence Violence, takie oddanie fanów, coś musiało się za tym kryć. I rzeczywiście już na debiutanckiej płycie słychać, że zespół z Rohnert Park zręcznie zachowuje klimat legend z lat 80. dodając od siebie bardzo istotny a zarazem nieuchwytny element. Bo Ceremony nie eksperymentuje, ale też nie tkwi w schematach, jest po prostu żywym i autentycznym hardkorem. Na płycie Rohnert Park ten element już dominuje, ale nadal nie podejmę się określenia go słowami czy stwierdzeniem, że Ross Farrar i spółka eksperymentują z gatunkiem, bo tak najzwyczajniej nie jest - to nadal te same brzmienia, tylko że jakimś magicznym sposobem realizując utartą wydawałoby się definicję hc punku tworzą jednocześnie coś zupełnie oryginalnego.

  1. Into The Wayside Part I / Sick
  2. M.C.D.F.
  3. Moving Principle
  4. The Doldrums (Friendly City)
  5. Open Head
  6. Into The Wayside Part II
  7. Terminal Addiction
  8. Don't Touch Me
  9. Back In '84
  10. All The Time
  11. The Pathos
  12. Nigh To Life
  13. Into The Wayside Part III

Tyler, the Creator - Goblin (2011)


O Tylerze wspominałem w rocznym podsumowaniu, potem bardziej rozlegle napisałem o całym Odd Future na .LIVELIFE , a dzisiaj wrzucam Goblina, który ma swoją premierę 10. maja. Słucham go właśnie po raz pierwszy i jaram się jak pojebany. SWAG!


Tracklist
1. Goblin
2. Yonkers
3. Radicals
4. She (feat. Frank Ocean)
5. Transylvania
6. Nightmare
7. Tron Cat
8. Her
9. Sandwitches (feat. Hodgy Beats)
10. Fish / Boppin Bitch
11. Analog (feat. Hodgy Beats)
12. Bitch Suck Dick (feat. Jasper Dolphin & Taco)
13. Window (feat. Domo Genesis, Frank Ocean, Hodgy Beats, Mike G)
14. AU79
15. Golden

Yuck - s/t (2011)


Jest i kolejny warty polecenia album w tym roku. Mowa tutaj o debiucie formacji Yuck. Zespół garściami czerpie z grunge'owej melancholii lat 90., rytmikę niskich tonów odziedziczył po Dinosaur Jr., a rozbudowane, melodyjne solówki pożyczył od Sonic Youth. Do tego zblazowany, ale wczuty wokal, wszechobecność przesteru i sprzężeń i jest naprawdę dobrze. Krążek przelatuje w całości bardzo szybko ze względu na swoje zróżnicowanie, oprócz szybkich piosenek z gitarowym slide'em przypominającym syrenę, są też te wolniejsze, ze świetnie dobranym tremolo i reverb. Tamburyna, cymbałki, a niekiedy nawet trąbki i mamy takie indie popowe oblicze noise rocka. Muzyka Yuck uderza świetnymi aranżacjami i takim uczuciem, które kojarzy mi się z poezją ale nie wiem za bardzo jak je określić. Wielu krytyków zarzuca im odgrzewanie kotletów, ale póki jest to dobrze zrobione, to co z tego?




Tracklist
  1. Get Away 3:36
  2. The Wall 3:57
  3. Shook Down 3:27
  4. Holing Out 4:11
  5. Suicide Policeman 3:15
  6. Georgia 3:36
  7. Suck 4:19
  8. Stutter 3:42
  9. Operation 3:47
  10. Sunday 4:23
  11. Rose Giver A Lilly 4:06
  12. Rubber 7:14

Death from Above 1979 - Heads Up (2002)


Wczoraj, na Coachella festival miał miejsce pierwszy oficjalny występ (bo wcześniej był chyba jakiś mniej oficjalny, na SXSW, który skończył się zamieszkami) Death from Above 1979 po długiej przerwie. Sytuacja jest troche dziwna, bo zespół rozpadł się zanim zdobył swoją prawdziwą popularność, a teraz wraca w nigdy wcześniej nie przyjętej chwale. O DFA1979 więcej rozpisywałem się przy wrzucie długrającego albumu. Teraz na nowej fali hajpu warto dorzucić ich EPkę która, co by nie mówić, jest sążna.


Tracklist
  1. Dead Womb
  2. Too Much Love
  3. Do It! (Live)
  4. My Love Is Shared
  5. Losing Friends
  6. If We Don't Make It We'll Fake It

Wavves - Rarities & B-Sides


Tracklist

Wavves/Wavvves era
  1. Here's To The Sun (California Goths 7" B-side)
  2. Loser Year
  3. Friends Were Gone
  4. Jetplane (Staying an A)
  5. How Are You? (So Bored 7" B-side)
  6. To The Dregs (version 2) (To The Dregs 7" B-side)
  7. Satan Try to Stop Me


Zach Hill era
  1. Goldy Lox
  2. Mickey Mouse
  3. Hula Hoop
  4. Glued
  5. Cool Jumper
  6. Horse Shoes
+ Daytrotter Session


King of the Beach era
  1. Mutant
  2. In the Sand (live)
  3. Nervous Breakdown (Black Flag cover) (live)
  4. Bug (live)
  5. TV Luv Song
  6. Stained Glass (Won’t You Let Me Into Yr Heart)

Best Coast - Sun Was High (So Was I) 7''


Bethany Cosentino, dziewczyna Nathana Williamsa, znana wcześniej z drone'owych eksperymentów w Pocahaunted ostatnimi czasy założyła zespół grający bardziej przystępną muzykę, mianowicie surf rock przyjemnie rozmazany słabą jakościa nagrania. Best Coast w sumie niczym się szczególnym nie wyróżnia, po prostu wygodnie się tego słucha. Zamiast wypromowanego, długogrającego Crazy for You, który brzmi tak sobie, wrzucę świetnego 7-incha, czyli taki mniejszy winyl, na którym mieści się tylko singiel i kilka innych kawałków. Nie widzę z resztą sensu słuchania takiej muzyki w większych ilościach, a ten 7-inch idealnie spełnia się w swojej roli. Błogość sobotniego poranka w blasku słońca na plaży w pigułce.



Tracklist
  1. Sun Was High (So Was I)
  2. So Gone
  3. That's The Way Boys Are

Weedeater - Jason... the Dragon (2011)



No i mamy w tym roku pierwszy album godny polecenia. Tym razem przyszykujcie swoje dziewicze membrany na ogromne pokłady ciężaru i przesteru, który zrywa tapetę ze ścian. Black Sabbath grało ciężką muzykę, a amatorzy tego brzmienia na przestrzeni lat wypracowali wiele różnych gałęzi. Jedną z nich jest stoner doom, którego godnym przedstawicielem jest właśnie Weedeater.  
Właśnie, Weedeater, nazwa zupełnie nieprzypadkowa, bo zespół ma w swoim zwyczaju konsumowanie hurtowych ilości konopii przed występem. Czasem prowadzi to do torsji na scenie, akurat w trakcie przygrywania basowego riffu. Witaj w szalonym świecie doom metalowych potheadów przyswajających takie ilości thc, o których nawet najbardziej opasły murzyn z getta może jedynie pomarzyć. Naprawdę nie mam pojęcia, jak oni z tym wszystkim są w stanie przemieszczać się na trasie koncertowej nie robiąc postoju w areszcie. 
[wycięte - anon celnie się czepił jednego słowa] Jason... the Dragon na tle poprzednich nagrań wybija się jakością produkcji, spójnością i przystępnością w słuchaniu. Jeśli ktoś potrafi podchodzić do niektórych klimatów z dystansem i nie ma jakichś ślepych, stylistycznych uprzedzeń to ten album mu podejdzie. Smok Jason, z całym swoim urozmaiconym asortymentem ryków i chrząknięć, to taki entry-level do stoner dooma, nie wspominając już o komicznym Palm and Opium czy wykończeniówce całego krążka. Warto spróbować, uroki rezonującej czaszki są nieocenione.

Weedeater jakiś czas temu koncertował w Warszawie, teraz ponownie nas odwiedzi na Asymmetry Festival we Wrocławiu.

Tracklist
  1. The Great Unfurling
  2. Hammerhandle
  3. Mancoon
  4. Turkey Warlock
  5. Jason...The Dragon
  6. Palms And Opium
  7. Long Gone
  8. March Of The Bipolar Bear
  9. Homecoming
  10. Whiskey Creek

Beach House - Teen Dream (2010)



Beach House to dream popowy duet z tej samej mieściny co Animal Collective, czyli Baltimore w Maryland. Po pierwszym przesłuchaniu Norway od razu na uszy rzuciły mi się niezdarnie powyginane organy, które drążą niesamowicie przyjemną melodię. Na całe szczęście, jak się później okazało, organy te towarzyszą przez cały album. Subtelny automat perkusyjny wybija proste rytmy, bo niczego więcej w takiej muzyce nie potrzeba. Dream pop bardziej płynie, niż skacze. To, co w Beach House zaskakuje to ogromny rozmach stworzony za pomocą prostych środków. Efekt zapewne nie byłby tak powalający, gdyby nie charakterystyczny wokal Victorii Legrand. Bardzo lubię ten głuchy pogłos, który można także usłyszeć u Lykke Li. Mógłbym jeszcze napisać, że Teen Dream jest kolorowe, że pozytywne emocje przeplatają się tutaj z nutą goryczy i  melancholii, ciężko to sobie wyobrazić więc lepiej po prostu posłuchajcie.




     Tracklist
  1. Zebra 4:48
  2. Silver Soul 4:58
  3. Norway 3:54
  4. Walk In The Park 5:22
  5. Used To Be 3:58
  6. Lover Of Mine 5:06
  7. Better Times 4:23
  8. 10 Mile Stereo 5:03
  9. Real Love 5:20
  10. Take Care 5:48

No Age - Weirdo Rippers (2007)


15 kwietnia No Age zagra w warszawskim Powiększeniu. Realistycznie obstawiam, że większość kawałków zagrają ze swojego najnowszego albumu Everything in Between, który niestety jest taki sobie. Krążek został skopany przede wszystkim na poziomie produkcji, a to połowa, jeśli nie większość uroku tego zespołu. Glitter z ciekawym skrzypem prowadzącym melodie, czy Fever Dreaming dają radę, reszta utworów nie trzyma już takiego poziomu. Lepiej wrócić do ich wcześniejszych nagrań - Nouns i dzisiaj opisywanego Weirdo Rippers, które są bezdyskusyjnie majstersztykiem. 
Sam nie wiem, który album jest lepszy. Zdarza się tak, że podzielam obiegową opinię, która przychyla się ku Nouns. Ale Weirdo Rippers też ma swoje mocne strony, a ostatnie odświeżenie bardzo mu zaplusowało w moich oczach. Pierwszy długogrający album jest w sumie tylko kompilacją wcześniej wydanych EPek. Ogromne pokłady szumu zataczają pięknę shoegaze'owe krajobrazy, wszystko się rozwija, narasta i przyśpiesza z świetnym wyczuciem, gdzieś w obłokach wyłania się noisecore'owe widmo poprzedniego zespołu Deana Spunta i Randy'ego Randalla; czyli Wives, o którym na pewno jeszcze wspomnę. Kawałek Boy Void wydaję się wręcz zamierzonym nawiązaniem do przeszłej twórczości.
Tracklist
  1. Every Artists Needs A Tragedy 3:38
  2. Boy Void 1:45
  3. I Wanna Sleep 2:59
  4. My Life's Alright Without You 1:59
  5. Everybody's Down 2:20
  6. Sun Spots 1:22
  7. Loosen This Job 3:40
  8. Neck Escaper 2:08
  9. Dead Plane 4:12
  10. Semi-Sorted 3:46
  11. Escarpment 4:01

Pocahaunted - Peyote Road (2008)


Pocahaunted proponuje muzykę, którą wielu może nie poczuć. Nie da się do niej potupać nogą, ciężko też ją zanucić. Drone jest jak morze w którym niektórzy mogą się utopić i nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. Z kolei dla innych to morze okazuje się zbyt słone i nigdy nie będzie im dane zanurzyć się w jego głębinowe wiry. Drone ma wiele postaci, ale problem wyporności pozostaje ten sam. Pocahaunted prezentuje jego szamańskie oblicze. Album usytuowany jest w mrokach pustyni, gdzie jedyne czego możemy się napić to meskalina z pobliskiego kaktusa.


Tracklist
  1. Divine Flesh (16:32)
  2. Heroic Doses (17:16)

Queens of the Stone Age - s/t (1998) re-release (2011)


Stało się. Zespół, od którego zacząłem interesować się muzyką, którego poczynania nieustannie śledzę na przestrzeni wydania 3 albumów studyjnych, po 6 latach ponownie zawita do Polski. To, co chyba każdy ceni w Qotsie to odwagę w eksperymentowaniu przy jednoczesnym zachowaniu korzeni. Tym razem, będzie to definitywny powrót do tych korzeni, bo zespół w nadchodzącej europejskiej trasie koncertowej będzie grał swój pierwszy krążek w całości. Koncert w Stodole będzie też tym zamykającym całą trasę. Lepiej być po prostu nie może.
Queens of the Stone Age to album wyznaczający nowy kierunek ku miejscom, których nie można do końca odnaleźć na Kyussowym Palm Desert. Będąc gitarzystą Kyussa, Josh Homme nigdy nie myślał o zostaniu wokalistą, jednak zakładając nowy zespół, nie miał częściowo innego wyjścia. Jak sam przyznaje nie był zbyt śmiały w tej nowej roli, co paradoksalnie dało pozytywnie zaskakujący efekt. Nie będę rozkładał brzmienia Qotsy na czynniki pierwsze bo zrobiłoby mi się niedobrze. Tego trzeba po prostu posłuchać. W wasze ręce rzucam nową, zremasterowaną edycję wzbogaconą o kawałki ze splitów z Kyussem i Beaverem.





     Tracklist
  1. Regular John
  2. Avon
  3. If Only
  4. Walkin' On The Sidewalks
  5. You Would Know
  6. The Bronze
  7. How To Handle A Rope
  8. Mexicola
  9. Hispanic Impressions
  10. You Can't Quit Me Baby 
  11. These aren't the Droids You're Looking For
  12. Give The Mule What He Wants
  13. Spiders and Vinegaroons
  14. I Was A Teenage Hand Model

The Black Box Revelation - Silver Threats (2010)


Debiut belgów z The Black Box Revelation wrzucałem na Indie Tapes jako jeden z pierwszych albumów. W zeszłym roku zdarzyło im się wypuścić kolejny krążek Silver Threats, który w jak najlepszym stylu kontynuuje to, co zostało już zakreślone na Set Your Head on Fire. Nie ma tutaj żadnej większej zmiany w stylistyce, to nadal garage rockowy duet, który w swoim fachu odnajduje się bardzo dobrze, a po 3 latach od wydania pierwszego albumu nie ma nic innego do zaprezentowania jak po prostu dobre, gitarowe rżnięcie. Kawałki na Silver Threats znowu są zmiksowane na najwyższym poziomie, są jeszcze bardziej chwytliwe, a bluesowa zamuła, która momentami mogła pojawić się na starszej płycie, nie występuje. Wokal też wydaje się być lepiej wyważony, mniej drażni. Przez cały album, z każdej strony atakuje nas, w coraz to bardziej zdziczałej odmianie, gitarowy fuzz. Chyba nie znam lepszego zespołu z Belgii, polecam.


 
Tracklist
  1. High On A Wire
  2. Where Has All This Mess Begun
  3. Run Wild
  4. 5 O'Clock Turn Back The Time
  5. You Better Get In Touch With The Devil
  6. Do I Know You
  7. Sleep While Moving
  8. Our Town Has Changed For Years Now
  9. Love Licks
  10. You Got Me On My Knees
  11. Here Comes The Kick

garść newsów

  • The White Stripes oficjalnie już nie istnieją.
  • Z kolei Kyuss powraca bez Josha Homme'a z tourem po Europie i nowym albumem
  • To, co jeszcze kilka wpisów wcześniej oceniałem jako mało prawdopodobne teraz faktycznie się dzieje - chodzi o lineup festiwalu Coachella i widniejąca na nim nazwa Death From Above 1979. O co chodzi? Powrót? Chodzi tylko o granie na żywo czy też nowy album jest w drodze? Na razie to tylko jedyna oficjalna informacja, będę z tym na bieżąco!
  • Znana jest już data wydania nowego albumu Panda Bear - 19 kwietnia.
  • Animal Collective zagra w Warszawie i Krakowie!
  • Queens of the Stone Age wbili do studia i nagrywają nowy album.
  • Na razie na offowym i openerowym lineupie nie ma nic ciekawego, za Qotse, Kyussa, Wavves, DFA1979 albo Pixies bym się nie obraził.
  • Ostatnio IndieTapes trochę zamulało ale teraz wraca na pełnej kurwie, wraz z shoutboxem po prawej stronie gdzie możecie się wymieniać swoimi muzycznymi zajawkami.

Eagles of Death Metal - Peace Love Death Metal (2004)



Jak pewnie wiecie wokół Queens of the Stone Age kręci się naprawdę wielu muzyków, a wszyscy są swoimi koleżkami więc o jakiś projekt poboczny nie ciężko. Takim zespołem jest właśnie Eagles of Death Metal założony przez 2 starych znajomych - Josha Homme'a zasiadającego na perkusji i Jessego Hughesa odpowiedzialnego za gitare i wokal. Przez skład zespołu i podczas samej produkcji kawałków przewijała się masa znanych muzyków, Dave Grohl, Jack Black czy Liam Lynch to tylko czubek góry lodowej. Pierwsze kawałki EoDM pojawiły się już na wczesnych wydaniach Desert Sessions, jednak dopiero 6 lat od tamtego momentu zespół zdecydował się wydać swój pierwszy długogrający album Peace Love Death Metal. Brzmienie EoDM to w skrócie Canned Heat z garażowym przesterem i uszczuplonym zestawem perkusyjnym produkującym chwytliwy bit za którym podążają gitarowe slide'y. Na płycie jest cover kawałku Stuck in the Middle, który mogliście usłyszeć we Wściekłych Psach. W Polsce zespół koncertował chyba 2 razy, pierwszy raz jako support przed Queens of the Stone Age, następnym razem to już oni byli supportowani przez The Black Box Revelation w proximie.

Tracklist
  1. I Only Want You
  2. Speaking In Tongues
  3. So Easy
  4. Flames Go Higher
  5. Bad Dream Mama
  6. English Girl
  7. Stacks O' Money
  8. Midnight Creeper
  9. Stuck In The Metal
  10. Already Died
  11. Kiss The Devil
  12. Whorehoppin (Shit, Goddamn)
  13. San Berdoo Sunburn
  14. Wastin' My Time
  15. Miss Alissa

Japandroids - Post-Nothing (2009)

Początkowo Brian King i David Prowse szukali wokalisty, na szczęście podjęli słuszną decyzję i sami się tą rolą podzielili. Jedynie z perkusji, pomysłowo przetworzonej gitary i chórków, z których bije braterskość powstało coś zupełnie nowego.
Post-Nothing to z jednej strony melancholijne utyskiwanie dwójki przyjaciół za minionymi czasami młodości, z drugiej satysfakcja i radość, że w ogóle tych chwil mogli doświadczyć. W całym albumie czuć błogość i bryzę znad Pacyfiku, która trafia na plaże Vancouver (BC, Canada), gdzie garstka najlepszych znajomych spotyka się przy piwie zaczepiając dziewczyny i wspominając dawne czasy. Oprócz kojących, niskich szumów w brzmieniu Japandroids doszukać się można słodkich melodii i rytmu z idealnie wyczutymi pauzami. Łącząc te elementy jesteśmy na drodze do głębokiego rozmarzenia nie poprzestając jednak z machaniem głowy. Dynamika utworów jest świetnie przemyślana, praktycznie każdego kawałka słucha się z wielką przyjemnością, nic nie nuży, ani nie męczy.
Ten album to zdecydowanie tzw. grower - z każdym przesłuchaniem brzmi coraz lepiej. Na Post-Nothing miało się znaleźć więcej kawałków ale Japandroidsom zabrakło kasy - pewnie woleli ten czas spędzić na plaży. Szkoda, bo chyba jedyną rzeczą jaką mogę zarzucić temu albumowi to właśnie jego czas trwania.







Tracklist
  1. The Boys Are Leaving Town 3:59
  2. Young Hearts Spark Fire 5:03
  3. Wet Hair 3:09
  4. Rockers East Vancouver 4:29
  5. Hearts Sweats 4:22
  6. Crazy/Forever 6:01
  7. Sovereignty 3:31
  8. I Quit Girls 4:54

Nardwuar the Human Serviette


Nardwuar to bardzo nietypowy dziennikarz, z którego wywiadów dowiaduje się o muzykach więcej niż z jakiegokolwiek innego źródła. Kanadyjczyk nie zadaje szablonowych do bólu pytań, którymi torturuje się nas w mediach. Wręcz przeciwnie, swoją ekscentryczną charyzmą i wybijającymi z pantałyku pytaniami bombarduje gwiazdę wprowadzając ją w zakłopotanie, wtedy z kolei mamy okazje wejrzeć w jej prawdziwy, a nie wykreowany charakter.
Jednak na tym nie kończy się wyjątkowość jego wywiadów, Nardwuar dysponuje ogromną wiedzą na temat zespołów, czasem okazuje się, że nawet większą niż jego założyciele. Zawsze próbuje znaleźć połączenie przepytywanego zespołu z jego własnym rodzinnym miastem, czyli Vancouver, British Columbia. Udaje mu się to w sposób czasem mniej, czasem bardziej naciągany. Zdarza mu się też wynajdywać jeszcze bardziej egzotyczne zależności jak np. Co ma wspólnego Queens of the Stone Age z 2pac'iem? The Human Serviette obdarowuje gwiazdy unikalnymi prezentami, u Pharrella Williamsa doprowadził niemalże do uronienia łzy ze wzruszenia wręczając mu winyl z jego pierwszym wydanym utworem. Sposób przeprowadzania wywiadów przez Nardwuara to ogromny test dla ego zadufanych muzyków, Henry Rollins z Black Flag, Nas, Slipknot i wielu innych na tym teście poległo. Niektórzy z kolei niemalże z Nardwuarem się zaprzyjaźnili, np. Snoop Dogg pojawił się już w pięciu wywiadach, a w ostatnim z nich raper nawet pali blanta z kamerzystą.
Nardwuar the Human Serviette przeprowadza wywiady z niemalże każdym, poczynając od takich mainstreamowych gwiazd jak, tfu-tfu, Lady Gaga i Katy Perry kończąc na niszowych zespołach typu No Age. John Ruskin (bo tak naprawdę nazywa się bohater dzisiejszego wpisu) ma również swój punkowy zespół The Evaporators. Po więcej jego wywiadów wpadajcie na oficjalny kanał YouTube lub stronę www. Swoją drogą ciekaw jestem jakby wyglądał jego wywiad z młodym, opryskliwym wobec dziennikarzy Bobem Dylanem jak ukazuje to dokument Don't Look Back. Keep on rockin' in the free world and the doot doota loot doo...

Salem - King Night (2010)

DOWNLOAD
(link usunięty)


O Salem wspominałem ostatnio w rocznym podsumowaniu. Początkowo był to solowy projekt Johna Hollanda, jednak po roku istnienia szeregi Salem zasiliło już jego dwóch znajomych. Ich pierwszą EPka z obiecującym tytułem Yes I Smoke Crack wydana w 2008 roku została wyprzedana w samej przedsprzedaży. Dwa lata później mieli okazję zremiksowania utworu z drugiego albumu HEALTH i pojawienia się na specjalnej kompilacji HEALTH::Disco2 zaraz obok Crystal Castles. Pare miesięcy po tym momencie Salem wydaje swój pierwszy album długogrający King Night wywołując burzę wśród dziennikarzy muzycznych obfitującą w określenia na nowy gatunek zwany witch house czy rape gaze. Sam z taką muzyką spotykam się po raz pierwszy.
Wyobraźcie sobie obskurnie zniekształcone syntezatory rodem z horrorów klasy b z lat 80., do tego charakterystyczną dla dubstepu, pomieszaną synkope obfitującą w sample z automatu perkusyjnego i basowy, murzyński (ale rapowany przez białego), hip-hopowy flow, wszystko utrzymane jest w szamańsko-mistycznym, ezoteryczno-okultystycznym klimacie prosto z cmentarza powitego mgłą. Jezu, z czym trzeba dzisiaj wyskoczyć, aby być oryginalnym. Jeśli chodzi o wizerunek, to nie jest gorzej - dorastanie w slumsach, dragi, dużo "I don't know" i "Ummm" w wywiadach. Pustka i tajemnica.
Album promowany jest pierwszym, tytułowym kawałkiem, w którym wykorzystany jest sample z znanego utworu Christmas Carol "O Holy Night" i niezwykle mrocznym teledyskiem. Asia zaskakuje gabberowym bitem, a jeśli chodzi o mojego faworyta to jest nim zdecydowanie Trapdoor. Warto też zwrócić uwagę na Redlights, które pojawiło się już na dwóch wcześniejszych EPkach.

It's all blurred out, aye bitch!



Tracklist
  1. King Night 3:49
  2. Asia 3:35
  3. Frost 3:24
  4. Sick 3:19
  5. Release Da Boar 5:00
  6. Trapdoor 4:31
  7. Redlights 3:42
  8. Hound 4:32
  9. Traxx 4:41
  10. Tair 2:08
  11. Killer 4:51
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...