Jako że IndieTapes stale rośnie w potęge i staje się coraz większym zagrożeniem finansowym dla wielkich wytwórni, niektóre linki do albumów muszą być usuwane. Na razie stało się tak z Strawberry Jam i ostatnim Shame, Shame. Ale spoko, jest na to rada - możecie sobie samodzielnie wyszukiwać te usunięte albumy w całkiem prosty sposób. Wpisujecie w google nazwę zespołu i nazwę albumu i dopisujecie do tego magiczne słowo mediafire. Może wam wyskoczyć masa ściemnionych stron więc najlepiej jak znajdziecie linka bezpośrednio do mediafire.com Czasem wyskakuje na pierwszym miejscu, czasem trzeba poszukać na dalszych stronach, a jak nic nie znajdziecie to trzeba sie odwołać do innych sposobów, które tutaj przedstawię jak będzie to potrzebne. W obecnych przypadkach metoda ta jest w 100% sprawna. Link do najnowszego albumu Cheap Time też ostatnio nie działał, ale bardziej z mojej nieuwagi niż jakichś prawnych problemów. Jeżeli zauważycie jeszcze jakieś niedziałające linki na stronie to napiszcie o tym w komentarzach. Szczęśliwego nowego roku.
Dr. Dog - Shame, Shame (2010)
Shame, Shame to pierwsza płyta zespołu w nowej wytwórni. Brzmienie Dr. Dog można opisać jako mieszankę standardowego, psychedelicznego rocka w stylu the Zombies z muzyką bluegrass. Ckliwy wokal i towarzyszące mu harmoniczne chórki oraz folk rockowa aranżacja od razu skojarzyła mi się z ostatnio opisywanym albumem Edward Sharpe & the Magnetic Zeros. Shame, Shame to jakby wyciągnięcie muzyki country liczącej niemalże 100 lat z farm amerykańskich prerii, przepuszczenie jej przez filtr lat. 60, a następnie oprawienie w barokowe bogactwo i stylistyke indie. W sam raz na pierwszy dzień świąt.
Tracklist
- Stranger 3:43
- Shadow People 4:13
- Station 3:11
- Unbearable Why 3:11
- Where'd All The Time Go? 3:52
- Later 3:07
- I Only Wear Blue 3:42
- Someday 3:21
- Mirror, Mirror 2:48
- Jakie Wants A Black Eye 3:03
- Shame, Shame 5:14
dwa zero jeden zero

Nie będę tutaj wyliczał kawałków w listach bo najzwyczajniej bycie na bieżąco ze wszystkimi wydaniami nie jest dla mnie priorytetem, wole posłuchać tego na co akurat mam ochotę lub zagłębić się w to co mi się właśnie przypomniało a nigdy wcześniej nie poświęciłem temu większej uwagi.
Mogę za to wspomnieć o kilku albumach, które wywołały u mnie mieszane uczucia. Na początek leci ostatnia płyta Wavves - King of the Beach, całkowita zmiana stylistyki, naiwna głupota, połączenie Blink 182 i Nirvany. Całkiem sporo czasu poświęciłem aby się do tak długo oczekiwanego albumu przekonać, pare kawałków ujdzie, ale co z tego. Nadmiar zioła i kasy potrafi czasem konkretnie upośledzić muzyka. Kolejnym rozczarowaniem tego roku jest Deerhunter - Hacylon Digest, zespół generalnie zaczął się bawić w Coldplay'a (który BTW gra na openerze), więc tak średnio. Następny, już troche mniejszy buzzkiller to Everything in Between od No Age, podobna jak wcześniej popowa tendencja, mniej przestrzeni, odlotów i psychodelii.
Żeby nie smucić za bardzo wspomne też o artystach, którzy w 2010 roku wyszli obronną ręką. Mowa tutaj o drugim krążku Crystal Castles (nazwanym tak samo jak zespół i pierwszy album LOLWUT), który jest inny, bardziej "profesjonalny". Debiutowi może nie dorówna ale jest naprawdę SPOKO. No i zbliżyliśmy się do chyba najlepszego albumu tego roku czyli MGMT - Congratulations. JEZU JAKIE BOGACTWO DŹWIĘKU, KOMPOZYCYJNA POMYSŁOWOŚĆ, POETYCKIE TEKSTY I NIEPRZEWIDYWALNA MELODYJNOŚĆ, SŁOWEM WSZYSTKO! Chłopaki naprawdę podnieśli sami sobie poprzeczkę. Słuchanie Congratulations w jakości o mniejszym bitrate niż 320kbps to zwykła profanacja. Wszyscy, którzy dywagują nad obranym przez nich kierunkiem, nad tym, że to już nie taki suckes jak za czasów Time to Pretend nie rozumieją chyba, że muzyka to nie tabelka ligii piłkarskiej.
3 najważniejsze wydarzenia 2010 roku? Koncert Crystal Castles w Stodole, OFF Festival i zbanowanie mnie na last.fm
Jeśli chodzi o debiuty to zdecydowanie zaskoczył mnie Tyler, the Creator i Salem.
Mówiąc o ogólnych tendencjach to na pierwszym planie trzeba wyszczególnić WYTRYSK popularności dubstepu i jego eksterminacja muzyki klubowej. Pojęcie mainstreamu nie wydaje się już takie klarowne jak kiedyś, niezależni artyści porywają tak duże tłumy jak nigdy wcześniej, setlista ułożona przez kasę producentów w radiu traci wpływy na rzecz lokalnego, facebookowego walla. Muzycznie ten rok oceniam średnio, głównie za sprawą tego, że moje zajawki, które rozwijały się w przeciągu ostatnich lat, teraz umierają. Ciężko znaleźć coś autentycznego lub wysublimowanego. Opiatowa elektronika jest w porządku, ale fajnie gdyby czasem moja wyobraźnia też została pobudzona.
Jeżeli uważasz, że coś pominąłem, lub po prostu inaczej się zapatrujesz na ten rok to BŁAGAM KOMENTUJ.
Mogę za to wspomnieć o kilku albumach, które wywołały u mnie mieszane uczucia. Na początek leci ostatnia płyta Wavves - King of the Beach, całkowita zmiana stylistyki, naiwna głupota, połączenie Blink 182 i Nirvany. Całkiem sporo czasu poświęciłem aby się do tak długo oczekiwanego albumu przekonać, pare kawałków ujdzie, ale co z tego. Nadmiar zioła i kasy potrafi czasem konkretnie upośledzić muzyka. Kolejnym rozczarowaniem tego roku jest Deerhunter - Hacylon Digest, zespół generalnie zaczął się bawić w Coldplay'a (który BTW gra na openerze), więc tak średnio. Następny, już troche mniejszy buzzkiller to Everything in Between od No Age, podobna jak wcześniej popowa tendencja, mniej przestrzeni, odlotów i psychodelii.
Żeby nie smucić za bardzo wspomne też o artystach, którzy w 2010 roku wyszli obronną ręką. Mowa tutaj o drugim krążku Crystal Castles (nazwanym tak samo jak zespół i pierwszy album LOLWUT), który jest inny, bardziej "profesjonalny". Debiutowi może nie dorówna ale jest naprawdę SPOKO. No i zbliżyliśmy się do chyba najlepszego albumu tego roku czyli MGMT - Congratulations. JEZU JAKIE BOGACTWO DŹWIĘKU, KOMPOZYCYJNA POMYSŁOWOŚĆ, POETYCKIE TEKSTY I NIEPRZEWIDYWALNA MELODYJNOŚĆ, SŁOWEM WSZYSTKO! Chłopaki naprawdę podnieśli sami sobie poprzeczkę. Słuchanie Congratulations w jakości o mniejszym bitrate niż 320kbps to zwykła profanacja. Wszyscy, którzy dywagują nad obranym przez nich kierunkiem, nad tym, że to już nie taki suckes jak za czasów Time to Pretend nie rozumieją chyba, że muzyka to nie tabelka ligii piłkarskiej.
3 najważniejsze wydarzenia 2010 roku? Koncert Crystal Castles w Stodole, OFF Festival i zbanowanie mnie na last.fm
Jeśli chodzi o debiuty to zdecydowanie zaskoczył mnie Tyler, the Creator i Salem.
Mówiąc o ogólnych tendencjach to na pierwszym planie trzeba wyszczególnić WYTRYSK popularności dubstepu i jego eksterminacja muzyki klubowej. Pojęcie mainstreamu nie wydaje się już takie klarowne jak kiedyś, niezależni artyści porywają tak duże tłumy jak nigdy wcześniej, setlista ułożona przez kasę producentów w radiu traci wpływy na rzecz lokalnego, facebookowego walla. Muzycznie ten rok oceniam średnio, głównie za sprawą tego, że moje zajawki, które rozwijały się w przeciągu ostatnich lat, teraz umierają. Ciężko znaleźć coś autentycznego lub wysublimowanego. Opiatowa elektronika jest w porządku, ale fajnie gdyby czasem moja wyobraźnia też została pobudzona.
Jeżeli uważasz, że coś pominąłem, lub po prostu inaczej się zapatrujesz na ten rok to BŁAGAM KOMENTUJ.
Cheap Time - Fantastic Explanations (and Similar Situations) (2010)
Debiutancką płytę Cheap Time wrzucałem tutaj już jakiś czas temu. Teraz zespół wyskoczył z nowym Fantastic Explanations (and Similar Situations). Zapalony tą nowiną i pełen oczekiwań na kolejną porcję garage power pop punkowego napierdalania odpaliłem album jak najszybciej tylko się dało. Niestety moje oczekiwania dostały konkretnie po mordzie, zdruzgotany odruchowo zaprzeczyłem, że ten krążek może być na jakikolwiek sposób dobry, przy okazji poszło parę bluzgów na Jeffrey'a. Zamulające tempo, monotonny wokal - tak to sobie wszystko tłumaczyłem w negocjacji ze zmysłem estetycznym. Potem przyszła kolej na depresję i ostatecznie akceptację - Cheap Time nadal jest zajebiste. Może nie na taki sam sposób jak kiedyś, ale po ogromnym progresie jak na 2 lata od poprzedniego albumu.
Zacząć można od porządniejszej produkcji, mniej tutaj przesteru i wydzierania się. Mimo, że tempo rzeczywiście zmalało, to w żaden sposób nie wpływa to na tryskający z każdego instrumentu wigor. Wokal wcale nie jest monotonny, prowadzi rozbudowaną melodię i kłebi się w nim masa pretensji jak na punka przystało. Postęp też widać w tekstach i strukturach utworów. Klawisze w niektórych kawałkach zaczęły grać istotną rolę budując momentami niemalże operowy rozmach. Cheap Time przeprowadziło gruntowną renowację swojego stylu i wyszło im to na dobre. Klap Klap za odwagę.
Zacząć można od porządniejszej produkcji, mniej tutaj przesteru i wydzierania się. Mimo, że tempo rzeczywiście zmalało, to w żaden sposób nie wpływa to na tryskający z każdego instrumentu wigor. Wokal wcale nie jest monotonny, prowadzi rozbudowaną melodię i kłebi się w nim masa pretensji jak na punka przystało. Postęp też widać w tekstach i strukturach utworów. Klawisze w niektórych kawałkach zaczęły grać istotną rolę budując momentami niemalże operowy rozmach. Cheap Time przeprowadziło gruntowną renowację swojego stylu i wyszło im to na dobre. Klap Klap za odwagę.
Tracklist:
- When Tomorrow Comes 2:23
- Everyone Knows 2:18
- I'd Rather Be Alone 2:02
- Throwing It All Away 2:28
- Down The Tube 2:40
- Showboat 3:48
- Miss Apparent 3:09
- June Child 2:35
- Woodland Drive 1:38
- Lazy Days 2:59
- Approximately Nowhere 1:58
- Waiting Too Long 3:59
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

